Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
Dżungla Amazońska
autor: Tomasz Cukiernik<BR>e-mail: tomcuk@poczta.onet.pl<BR>strona: tomcuk.w.interia.pl
dodane: 2005-04-20
termin-wycieczki: 1999
W Dżungli Amazońskiej można przeżyć wiele ciekawych przygód: łowić piranie, spotkać szamana, mieć wizje po wypiciu specyfiku o nazwie aya-huasca , pływać w Amazonce z delfinami, przedzierać się z maczetami przez dziką dżunglę. To wszystko przydarzyło się nam w ciągu zaledwie czterech dni, które spędziliśmy w peruwiańskiej części tego niezwykłego ekosystemu.

Do Iquitos przylecieliśmy samolotem peruwiańskich linii AeroContinente z Limy. Jest to 400-tysięczne miasto w środku Dżungli Amazońskiej bez połączenia ze światem drogą lądową. Można się tam dostać jedynie drogą powietrzną lub rzeką Ucayali z miejscowości Pucallpa.

Pierwszym szokiem jaki przeżyłem było samo wyjście z klimatyzowanego samolotu na płytę lotniska. Nagle buchnęło na nas czterdziestostopniowe powietrze o wilgotności dochodzącej do 100%. W takim upale przez pierwszych kilka chwil trudno było złapać oddech, ale na szczęście w krótkim czasie nasze organizmy przyzwyczaiły się do tak odmiennych warunków klimatycznych.

Na lotnisku napadło na nas kilkudziesięciu "naganiaczy" proponując taksówki, hotele, wyprawy do dżungli. Mówili jednocześnie jeden przez drugiego, oczywiście po hiszpańsku, zachwalając warunki w hotelach i coraz bardziej obniżając ceny. Byliśmy bardzo zdezorientowani, ale na szczęście z pomocą przyszedł nam policjant, który zaprowadził nas do lotniskowego komisariatu policji. Tam kolejny "naganiacz", tym razem pod protektoratem policji, przedstawił nam swoją ofertę. Byliśmy tą całą sytuacją tak zaszokowani, że przyjęliśmy propozycję.

Poproszono nas do samochodu i zawieziono do hoteli w centrum Iquitos. Tam od razu przedstawiono nam plan, na szczęście po angielsku, 3-dniowej wyprawy do dżungli. Po wynegocjowaniu ceny zostaliśmy wsadzeni do oryginalnej taksówki - motocaru czyli motocyklu z dwoma kółkami z tyłu, których kierowcy noszą śmieszne okulary "pilotki". Taksówkarze ci dla uatrakcyjnienia przejazdu urządzają często wyścigi, co nie jest niczym niezwykłym, bo i tak w Iquitos każdy jeździ jak chce, gdyż nie istnieją żadne przepisy drogowe ani pasy ruchu.

Ze względu na położenie Iquitos trudno transportować tu samochody, dlatego są one nieliczne. Po szczęśliwym dotarciu do portu wsadzono nasze bagaże i nas do łodzi motorowej. Poznaliśmy naszego przewodnika, który nazywał się Titto. Pochodził z Limy. By zostać przewodnikiem w dżungli musiał przez pół roku mieszkać w wiosce indiańskiej bez kontaktu z cywilizacją.

Po wypłynięciu zobaczyliśmy przy jednym z brzegów Amazonki dziesiątki starych, odrapanych statków parowych - takich jakie czasami są pokazywane na filmach o Missisippi lub rzekach Australii w XIX wieku. Titto powiedział nam, że statki te pływają w porze deszczowej, gdy poziom wód Amazonki jest wyższy o 15 metrów. Do miejsca, w którym mięliśmy spać było około 120 km w górę rzeki. Przepłynięcie tego kawałka najdłuższej rzeki świata zajęło nam 3 godziny. W tym miejscu Amazonka osiąga szerokość ponad 1 km.

Wpłynęliśmy w jeden z jej dopływów - Yanayaca. Wielkie wrażenie zrobił na mnie kolor porastającej brzegi roślinności. Tak soczystej zieleni nie widziałem nigdy w życiu! Tu zaczęło się nasze spotkanie z najprawdziwszą Dżunglą Amazońską.

Jedną z ciekawych przygód było łowienie piranii. Ogromnym zaskoczeniem był fakt, że gdy wieczorem popłynęliśmy w dół Yanayaki ryby same wskakiwały do łódki! Przy mulistym brzegu kierujący Indianin zatrzymał łódkę. Titto dał nam wędki i kawałki ryb na przynętę. Zarzuciliśmy wędki i po krótkiej szarpaninie w wodzie pierwsza pirania została złowiona. Nie za każdym jednak razem udawało nam się je wyłowić, gdyż są to dość sprytne ryby i często zdarzało się tak, że po zjedzeniu przynęty uciekały nie nabijając się na haczyk. Titto wziął jedną piranię do ręki i pokazał nam jej malutkie lecz bardzo ostre zęby. Ryby te trzeba umieć odpowiednio chwycić, ponieważ ich łuski skierowane są ostrzem w jedną stronę i można sobie skaleczyć dłoń. Po około półgodzinnym łowieniu mieliśmy w łódce 11 piranii i 15 ryb innych gatunków, co bardzo dziwiło Francuzkę, która była z nami, a nie udało się jej nic złowić.

Kiedy wracaliśmy z połowu mięliśmy okazję zobaczyć kajmany. Jest to gatunek krokodyli żyjący w tym rejonie świata. W nocy kajmany wychodzą z ukrycia by polować, co też udało nam się zobaczyć. Kiedy płynęliśmy Yanayaką przy brzegu właśnie żerowały kajmany. Titto postanowił jednego z nich złapać. Zaświecił mu latarką prosto w oczy. Oślepiony kajman nie uciekał i wtedy można było do niego podpłynąć. Udało się go złapać. Na szczęście był to młody "krokodylek" - długości około 40 cm. Dorosły osiąga rozmiar 3,5 metra. Po zrobieniu zdjęć kajman został wpuszczony z powrotem do rzeki i odpłynął machając charakterystycznie swoim ciemnozielonym ogonem.

Wielkim przeżyciem było spotkanie z miejscowym szamanem. Był to człowiek około 35-letni. Gdy miał 6 lat, pijąc aya-huascę dostał objawienia i od tej pory uczył się od ojca-szamana wykonywać pracę uzdrawiacza. Aya-huasca jest to specjalnie przyrządzany przez szamana specyfik z różnych roślin z dżungli i grzybów halucynogennych. By się go napić przygotowywana jest cała ceremonia i muszą być spełnione określone warunki. W nocy w ciemnej chacie siadają w kręgu osoby, które chcą przeżyć wizję. Szaman wcześniej przygotowuje preparaty. Najpierw miesza specyfiki w odpowiednich proporcjach. Następnie zapala papierosa i wdmuchuje dym do szklanki, by odpędzić złe duchy. Później nalewa do niej aya-huascę i ponownie wydmuchuje dym, cały czas przy tym nucąc odpowiednią melodię. Po tej całej ceremonii podaje szklankę kolejnym osobom w kręgu. Cały obrzęd nalewania i podawania szklanki z wywarem dla 6 osób trwa około godziny. Po 20 minutach od wypicia specyfiku zaczynają się wizje. Przed oczami pojawiają się obrazy z przeszłości jak również z przyszłości. Wizja trwa do momentu, aż wywar zostanie zwrócony. W tym celu przed każdą osobą jest miska i kubek z wodą do popicia.

Trzeciego dnia poszliśmy w głąb dżungli. Przedzieraliśmy się z maczetami przez gęsto porośniętą roślinność. Widzieliśmy wiele dziwnych rzeczy, między innymi: gniazdo termitów zawieszone trzy metry nad ziemią, zwisające liany, małpy skaczące w koronach drzew, gniazda anakond - największych węży na świecie, których długość sięga 15 metrów, różnokolorowe, śmiesznie śpiewające ptaki, których nazwy nawet nie istnieją w języku polskim. Oprócz tego zobaczyliśmy wiele osobliwych drzew: drzewa, których gałęzie wrastają w ziemię, tzw. drzewo pornograficzne, drzewo, którego kora nadaje się do jedzenia. Jedno z drzew było wyjątkowo ciekawe - wystarczyło przeciąć maczetą jego gałęzie rosnące w kształcie łuków, by napić się z niego wody. Jak się okazało jest to vilcacora, czyli roślina, z której ojciec Szeliga zrobił lekarstwo na raka.

Wracając do naszego dżunglowego hotelu odwiedziliśmy wioskę indiańską San Juan. Wioska składała się z kilku domów na palach, placu i ogrodu. Jak się okazało na placu właśnie odbywał się mecz piłki nożnej. Jednak nie grali chłopcy tylko młode bose dziewczęta. Mężczyźni zaczęli grać dopiero wieczorem jak się trochę ochłodziło. W wiosce widzieliśmy mały drewniany kościółek ( bez księdza ), a także interesujące więzienie, którym była buda o powierzchni 1 m kw. Zamykani są tam na 12-24 godziny mieszkańcy wioski, którzy wszczęli kłótnię czy bijatykę.

Wszystkie domy były zbudowane na palach z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Yanayaka w okresie deszczowym zalewa część terenów. Wtedy Indianie między domami poruszają się łódkami. Po drugie - po to by ochronić się przed różnego rodzaju insektami. Dachy domów zrobione są z wysuszonych liści palmowych. W ogóle nie ma ścian ponieważ konieczny jest przewiew powietrza, a i tak w okresie zimy temperatura nie spada w nocy poniżej plus 20 stopni Celsjusza. Do domu wchodzi się po drabinie. Na podłodze znajduje się małe ognisko do gotowania obiadu. Ciekawym zwierzęciem domowym była papuga, która szczekała jak pies. Wokół domów znajduje się "ogród", gdzie rośnie wiele egzotycznych owoców: 23 gatunki bananów ( małe na 5 cm, duże na 20 cm, zielone, żółte, a nawet brązowe ), grejpfruty, pomarańcze, drzewo chlebowe, ananasy.

W dżungli przeżyliśmy jeszcze jedną niezwykłą przygodę. Pływaliśmy w Amazonce z delfinami. Niewiele osób o tym wie, że w Amazonce żyją delfiny słodkowodne i to dwa gatunki: szary i różowy. My wypłynęliśmy łódką na środek rzeki i podziwialiśmy te piękne ssaki jak wyskakiwały z wody i tańczyły w osobliwy sposób. Następnie sami wskoczyliśmy do ciepłej rzeki. Mimo, że Amazonka jest dość mętna z powodu mułu i tak było bardzo przyjemnie wykąpać się w niej - można było się choć troszkę ochłodzić, gdy żar lał się z nieba a temperatura powietrza wynosiła około 40 stopni Celsjusza.

Artykuł ten ukazał się w nr 110 "Trybunie Śląskiej" z 12 maja 2000r., w serwisie internetowym Tramp oraz portalu epf.pl.
 
Zobacz także
Imperium Dzieci Slońca
Cena: 9999 zł
26.02 - 07.03
Peru - Amazonia
Cena: 10779 zł
07.11 - 21.11
forum PERU
FORUM [PERU]