Marzenia zamienić w rzeczywistośćOd dziecka czytałem książki Arkadego Fiedlera oraz Tonego Halika. Ogromnym marzeniem było dla mnie pojechać nad Amazonkę i zobaczyć to, o czym czytałem w jego książkach - wielki las tropikalny. Moje marzenia wreszcie mogły przemienić się w rzeczywistość. Decyzję o wyprawie podjęliśmy wspólnie z kolegą- studentem medycyny mieszkającym w Tychach. Przygotowania trwały trzy lata: szczepienia, zbieranie odpowiedniego sprzętu, szukanie informacji w Internecie, czytanie reportaży, książek... Z Polski wyruszyliśmy 19 lipca 2000. Po dwóch dniach jazdy autostopem, dotarliśmy do Stuttgartu. A stamtąd już samolotem do Ameryki. Wylądowaliśmy w Bogocie, stolicy Kolumbii. To miasto, położone w górach, wygląda jak typowo europejskie, z wieżowcami, bankami i dużymi sklepami. Tylko ulice są nienaturalnie zatłoczone. Wieczorami Bogota nie należy do najprzyjemniejszych, pełno tam narkomanów i złodziei.
W poszukiwaniu przygódPo kilku dniach mieszkania w hotelu, polecieliśmy niewielkim samolotem do Letici. Jest to miasto na terenie Kolumbii, nad brzegiem Amazonki. Tam rozpoczęła się nasza przygoda w dżungli. Tutaj też spotkaliśmy samotnie podróżującą dziewczynę z Islandii ,,Tobi", którą namówiliśmy na wspólną przygodę. Po kilku dniach postanowiła nas jednak opuścić, aby zamienić las na hotelowe pokoje. Kilka kilometrów od miasta trafiliśmy do Indian Whitoto. Zdobyliśmy tam wiele doświadczeń, przydatnych w późniejszym czasie. Pokazali nam oni, jak rozpalić ognisko, przygotować ruszt do pieczenia ryb, które rośliny można jeść, a które służą do zatruwania wody w rzece. Soki pewnego gatunku roślin blokują tlen zawarty w wodzie, ryby nie mogąc oddychać, masowo wypływają podduszone na powierzchnię. Można je wtedy bez problemu wybierać z wody. Nauczyliśmy się też, jak rozpoznawać leśne owoce. U Whitoto piliśmy też halucynogenny napój ,,Aja łaska", bardzo niemiłe doświadczenie. Może zaoszczędzę tutaj szczegółów ale nasze żołądki bardzo na tym ucierpiały.
W Amazonii większość Indian jest już ucywilizowana, chodzą ubrani, wierzą w Boga oraz zaniedbują swoje plemienne tradycje (nie piją wywarów, nie wierzą w duchy). W Letici dowiedzieliśmy się, że po drugiej stronie rzeki, na terenie Brazylii, żyją ludzie, do których cywilizacja jeszcze nie dotarła - Indianie z plemienia Corubo. W dżungli południowo-amerykańskiej łączność pomiędzy miastami odbywa się tylko drogą wodną lub powietrzną. Nie ma tam dróg ani autostrad, gęstwina i podmokły teren wykluczają takie możliwości. Aby dotrzeć do Corubo, zmuszeni byliśmy kontynuować podróż rzekami. W Letici, wypożyczyliśmy za niewielkie pieniądze indiańskie kanoe. Zapakowaliśmy cały ekwipunek i w drogę!

W początkowej fazie, był z nami Serhio-myśliwy Whitoto, za niewielkie pieniądze zgodził się podróżować z nami. Z jego strzelbą i doświadczeniem czuliśmy się pewniej, był także dla nas źródłem wiedzy potrzebnej do przeżycia w dżungli. Ale niestety po 12 dniach skończyła mu się koka, zdenerwowany stwierdził, że ma dosyć naszych szalonych pomysłów, kazał sobie zapłacić i wrócił statkiem do domu. Był to dla nas cios ale szybko się pozbieraliśmy i ruszyliśmy dalej. Czekało nas wiele tygodni wiosłowania. Na początku płynęliśmy od miasta do miasta, potem od osady do osady, docierając w końcu do coraz bardziej dziewiczych obszarów dżungli. Nocowaliśmy w rybackich chatach lub w lesie, przy ognisku. Hamak, moskitierę oraz cały ekwipunek osłanialiśmy foliowymi plandekami, by ochronić je przed deszczem. Razem z napotkanymi rybakami i myśliwymi uczestniczyliśmy w polowaniach, które zapewniały nam niezbędne pożywienie. Po pewnym czasie całkiem nieźle nam to wychodziło, najczęstszym łupem padały kajmany, których mnóstwo pływa w tamtejszych wodach. Poluje się na nie w nocy, ich wystające nad powierzchnię wody oczy odbijają światło latarki. Wyglądają jak dwie czerwone diody, ważne aby te dwie diody nie były za daleko od siebie, bo łatwo z myśliwego stać się ofiarą. Gdy wszystko jest w porządku ostrożnie podpływamy do gada i wbijamy w jego szyję harpun.
W dżungli nie ma sklepów, więc aby przeżyć, trzeba korzystać z dobrodziejstw natury. Próbowaliśmy mięsa różnych zwierząt: krokodyli, małp, tapirów, dzikich świń i różnych gryzoni leśnych. Jako wędkarz łowiłem bardzo dużo ryb; piranie, sumy, płaszczki- naprawdę jest to raj dla wędkarzy!
Legendy i mityKażdy dzień naszej wędrówki był pełen wrażeń. Zanim dotarliśmy do terenów, gdzie spodziewaliśmy się spotkać Indian Corubo, wiele nam o nich opowiadano. W opiniach miejscowej ludności raz byli oni piękni i dobrzy, a raz krwiożerczy i niebezpieczni. Większość tych ocen miała charakter mitów i legend. Mówiono, że są bardzo ładni, mają jasną skórę, żyją w lesie zupełnie nie kontaktując się z innymi ludźmi. Straszono nas, że gdy ich spotkamy, to w żadnym wypadku nie wolno z nimi wchodzić do lasu, bo nas zabiją. Jeden z rybaków opowiadał, że w ich plemieniu żyje biały człowiek, który każe im zabijać wszystkich obcych, wchodzących na ich terytorium. Mówiono również, że na terenach odwiedzanych przez Corubo znaleziono zwłoki dwóch robotników leśnych z roztrzaskanymi głowami. Faktem miało być także, jakoby Indianie napadli na posterunek rzeczny. Zginęło wtedy siedmiu strażników, a budynek został spalony. Ta nienawiść miała kilkusetletnie korzenie. Czasy kolonizatorów, zbieraczy kauczuku, nie były najlepsze dla Indian. Strzelano do nich, gwałcono ich kobiety i oszukiwano na różne sposoby. W najbliższym mieście zaznaczono ich tereny na mapie jako "indions isolations", nikt nie potrafił określić też gdzie dokładnie znajdują się ich wioski. Na spotkanie z Corubo Po usłyszeniu tych wszystkich opowieści płynęliśmy dalej pełni obaw. Korzystając z map i informacji uzyskanych od ludzi, dotarliśmy do niewielkiej rzeczki - Kiszitu. Tutaj mogliśmy spotkać Corubo w każdej chwili. Po drodze spotkaliśmy sześciu brazylijskich kłusowników, z którymi spędziliśmy kilka kolejnych dni. Namawialiśmy ich, żeby udali się razem z nami na spotkanie z Corubo, ale w ogóle im się to nie uśmiechało. Wspólne polowania i łowienie ryb zbliżyło nas do siebie i dalej płynęliśmy w ósemkę.

Ośmiu uzbrojonych mężczyzn, to nie dwóch z jedną strzelbą (bo takową mieliśmy). Corubo zobaczyliśmy z daleka. Stali na brzegu rzeki i machali do nas. Włosy zjeżyły nam się na głowie, ale w końcu to był właśnie cel naszej wyprawy. Na początek były drobne prezenty, elementy garderoby, noże, haczyki na ryby, jedzenie. Stworzyło to całkiem miłą atmosferę, a my staliśmy się odważniejsi. Pokazali nam swoją broń- rury służące do strzelania strzałkami nasączonymi kurarą. Porozumiewaliśmy się na migi. Oni nie znają żadnego języka. W Kolumbii mówią po hiszpańsku, w Brazylii po portugalsku, ale w dżungli to tylko w jakimś swoim plemiennym języku. Zrobiliśmy im mnóstwo zdjęć. W przeciwieństwie do cywilizowanych Indian, Corubo chętnie ustawiali się do fotografii. Ale nie wiadomo, czy w ogóle wiedzieli co robiliśmy. Nie wiem nawet, czy kiedyś widzieli białych ludzi. Zobaczyliśmy, jacy są naprawdę. Rdzenni mieszkańcy lasu tropikalnego, nadzy, głowy do połowy ogolone zębami piranii, uzbrojeni w prymitywne narzędzia.
Ale robione przez nich strzałki lecą bardzo daleko, a śmiercionośna trucizna paraliżuje ofiarę momentalnie (powoduje ustanie oddychania i akcji serca). Po kilku godzinach rozstaliśmy się z Corubo, strach nie pozwolił nam zostać z nimi nawet na jedną noc. Indianie są jak małe dzieci; bardzo kapryśni, obrażalscy i nigdy nie wiadomo, co im może strzelić do głowy. Np. kiedy na powitanie rozdawaliśmy im prezenty, dla jednego zabrakło manioku. Ale dostał inne rzeczy. On jednak stanął z boku, zrobił obrażoną minę i zaczął tupać nogami. Dopiero kiedy udało nam się zdobyć dla niego maniok, wszystko było w porządku.
Z powrotem do cywilizacjiTego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną. Także Brazylijczycy popłynęli w swoją stronę. Dżungla amazońska jest pełna niebezpieczeństw. Szczególnie niebezpieczne są rzeki. Wszędzie pełno piranii, olbrzymie anakondy i kajmany. W lesie jaguary, węże, skorpiony i jadowite pająki. Aby uniknąć niebezpieczeństw, należy zachować szczególne zasady bezpieczeństwa. Bardzo ważne jest na przykład, żeby za każdym razem sprawdzać buty, czy przypadkiem nie ma w nich robaków, pająków itp. Po powrocie z Brazylii podróżowaliśmy jeszcze naszym kanoe po Kolumbii i przygranicznych terenach Peru.
Jednak napotkani tam Indianie byli bardziej cywilizowani, niż Corubo. Spłyneliśmy prawie całą rzekę Ataquari w połowie, której przebiega granica Kolumbii i Peru. Na przejściu w środku dżungli, znajdował się oddział wojska, podczas kontroli odprowadzono nas pod bronią na posterunek, gdzie odbyła się kontrola paszportowa. Wszystko przebiegło jednak bez problemu i spokojnie wpuszczono nas na terytorium Peru. Na Ataquari odwiedziliśmy dwie wioski Indian Yaqua, ale tam dawno już zaglądnęła cywilizacja. W Amazonii, płynąc rzeką można też było złapać stopa. Czasami rybacy zabierali nas z naszym kanoe na swoją większą łódkę, a to pozwoliło nam zaoszczędzić czasu i sił. Pod koniec września wróciliśmy do Bogoty, a stamtąd samolotem do Polski. Do kraju dotarliśmy pełni wrażeń, z mnóstwem zdjęć i pamiątek. Przywiozłem też spore zbiory owadów tropikalnych, 1000 motyli, pająki, chrząszcze.
To jeszcze nie koniecW przyszłości planujemy kolejne wyjazdy. Z bagażem doświadczeń zdobytych za pierwszym razem, chcemy dotrzeć do niezbadanych jeszcze dotąd zakamarków dżungli amazońskiej. Może odkryjemy nieznane dotąd tajemnice lasu tropikalnego? Jedynym problemem są koszta związane z wyjazdem; liczymy na to, że uda nam się znaleźć choćby mały sponsoring. Zainteresowanym podróżowaniem po Ameryce Południowej służymy swoimi doświadczeniami. Chętnie też nawiążemy kontakt z ludzmi, którzy organizują podobne wyjazdy do Ameryki Południowej.